spokojna-noc

… każdy ma prawo do spokojnego snu i odpoczynku…

Zbyt długi na pewne sprawy. Jeszcze chwila i dozór kuratorski się skończy. Kiedy ten czas popędził tak do przodu? Sama nie wiem. Wiele się zmieniło, a jednocześnie mam wrażenie jak gdyby nic się nie zmieniło. Tego, czego jestem pewna, to, to, że z tym człowiekiem, nie jestem w stanie mieszkać już pod jednym dachem. Jest to nie do przyjęcia. W pewnym sensie zapewniłam sobie samej komfort i luksus odosobnienia, ale reszta? Każdy ma własne życie, za które odpowiada, ale mnie nadal trudno jest wyzbyć się ciągotek do chronienia innych. Taka była moja rola, i choć odchodzę od niej, powoli przez miniony czas, to nadal potrzeba chronienia i poczucie odpowiedzialności za innych jest głęboko we mnie. Jest częścią mnie.

Tym, co jest cenne, to świadomość, na jak wiele spraw patrzę z innej perspektywy. Przez te minione lata, od 2011 nabrałam dystansu, który był niezbędny aby zacząć myśleć o nowych sposobach na życie. O szukaniu nowej siebie, nowych możliwości, nowych perspektyw. Żałuję, że trwało to tak długo, że nie umiałam, nie wiedziałam, że tak mogę te 20 lat temu. Jeszcze niedawno miałam wielki żal, że nikt mi nie uświadomił, że można inaczej, teraz została gorycz straconych lat. Lat, które mogłam przeżyć inaczej. Choć z drugiej strony, gdyby nie te lata, nie spotkałoby mnie największe szczęście w życiu, które jeszcze chwila i osiągnie swoje pierwsze 20 lat. Niby wczoraj to było.

Jeszcze nie chcę się zacząć martwić tym co będzie za kilka miesięcy, jeszcze nie chcę o tym myśleć, ale to nie wiele znaczy, że nie chcę. Powoli, gdzieś tam za plecami już coś szemrze i szepcze: co będzie kiedy jego wyrok wygaśnie?

Zastanawiam się, czy bardziej popędzi wpierw legalnie się upić, czy też zacznie się dobijać do drzwi. Mam nadzieję, że wpierw się upije i przylezie schlany. Łatwiej radzić sobie ze starymi schematami, niż rozwiązywać nowe. Martwienie się na zapas niczego nie da. Nic nie zmieni, bo nie jestem w stanie przewidzieć jego zachowania. Bez względu na to ile potencjalnych scenariuszy stworzę w swojej głowie, na ile okoliczności się zabezpieczę, to tak na prawdę i tak nie jestem w stanie przewidzieć tego co on zrobi i jak postąpi. Kiedyś z tą świadomością walczyłam, był we mnie sprzeciw: jak to – ja nie wymyślę, wymyślę – zawsze jest tak samo (!), więc wiem co się stanie! Nie zawsze było tak samo, nie zawsze udawało się przewidzieć i wymyślić co będzie i jak będzie. Niewiedza budziła strach i lęk, i obawy. Dziś łatwiej mi się jest pogodzić z tym czego nie wiem, i z tym, że wiedzieć wszystkiego nie jestem w stanie. Wiem, że teraz nie czas na mój ruch, teraz mogę po prostu czekać co przyniesie czas w tej sprawie.

Na tą jedną rzecz czekać biernie, ale rozwiązywać dalej i rozprawiać się ze wszystkimi innymi sprawami do rozwiązania, tymi w toku, i tymi pozostałymi do załatwienia.

Tym, z czym przez minione lata najtrudniej było mi się pogodzić, jest bezsilności i bierność. Bierność, bo nie na wszystko mam wpływ, mogę rozpocząć działanie, ale reszta jest pod władzą innych ludzi, a ja nie mogę wówczas nic poza czekaniem. To czekanie daje poczucie bezsilności. Takie znane uczucie, które zawsze wywoływało bunt.

Jednak o ile uczę się sobie radzić z własnym poczuciem bezsilności, o tyle, kiedy dostrzegam ją u bliskich, jest trudna do zniesienia. Zapiera dech w piersiach. Przyciąga do ziemi jak kamień młyński topielca do dna. Chciałabym wziąć to na siebie, ale wiem, że nie jest to możliwe, że każdy z nich musi nauczyć się z tym wszystkim radzić na swój sposób, na swoich warunkach, prawach i możliwościach, bo bez tego nie pójdą dalej.

Przemoc psychiczna ma wiele postaci. Przejawia się w różnych formach. Często, jeżeli dana osoba stosowała ten rodzaj znęcania się nad bliskimi przez wiele lat, to nawet po kilku miesiącach przerwy, osoby które poddawane były takim działaniom są bardziej podatne i posiadają o wiele mniejszy margines tolerancji na działania sprawcy. Wieloletni strach wpływa na kumulację emocji, tym większą im częściej trafiały się okresy, w których dręczyciel powstrzymywał się od swoich działań. Zgodnie z literaturą, każda wstrzemięźliwość sprawcy kończyła się nagromadzeniem jego emocji co prowadzi do tego, że każdy kolejny, po okresie przerwy, atak, będzie cechował się większym natężeniem, niż w poprzednim cyklu. Jednocześnie, to nowe natężenie, okazuje się często wchodzić jako nowy standard przemocy i stosowanych szykan. Jednocześnie, w okresie przerwy, osoby dręczone pozostają w stanie oczekiwania. Stan oczekiwania, pozwala odpocząć, ale nie niweluje napięcia wynikającego z samego faktu oczekiwania. Kumulacja oczekiwania i złudzenia odpoczynku oraz nowe natężenie działań sprawcy powodują, że to co dzieje się z osobą dręczoną, jest trudne do oddania, jednak każdorazowo przybliża taką osobę, do granicy wytrzymałości. Okazuje się, że często owa granica jest również granicą, w której sprawca już nie jest w stanie zadowolić się zwiększeniem natężenia działań z własnego dotychczasowego schematu, sięga więc po nowe środki. Z czasem, przychodzi chwila w której, kolejną granicą może się okazać granica ludzkiego życia. Niestety, najczęściej życia ofiary…

Dlaczego to napisałam. Czytałam o tym w literaturze, a teraz przekonuję się jak bardzo blisko jest to tego w czym żyję i jak za rogiem czai się sama nie wiem co, choć być może po prostu boję się tego nazwać. Pan Hrabia nigdy nie wytrzymał dłużej niż 2 lata w powstrzymywaniu się od swoich działań destruktywnych. Dwa lata minęło, a jego Kuratorka jest przez niego wyśmienicie manipulowana. Nie wspomnę, że kobieta jako jego kurator to pomyłka wielka, a jeszcze taka ciepła klucha to już podwójna pomyłka. Być może byłoby nieco inaczej, gdyby Pani owa nie starała się wykazać swoją efektywnością i jak dobrze sobie radzi z resocjalizacją tak trudnego przypadku. No i oczywiście, że jest pewna, że ona go na ludzi wyprowadzi, bo taka dobra jest…

Otóż, Pani nie jest dobra. Otóż Pani daje sobą manipulować. Otóż, Pani działa niezgodnie z wyrokiem i na szkodę poszkodowanych. Nie wspomnę, że Pani wciska kity nam… i zapomina, że w tej sprawie jest 6 osób poszkodowanych, a nie jedna.

Mało tego, Pani owa nie zdaje sobie sprawy, w jakim miejscu tego wszystkiego się znajduje, że tragedia czeka za rogiem, a ona na to pozwala. Być może powinna jeszcze raz przeczytać wyrok i przypomnieć sobie, za co Pan Hrabia go dostał. Za przemoc psychiczną, w pierwszej kolejności. Alkohol był tylko tłem, a nie motywem przewodnim. Nie wystarczy aby był trzeźwy i będzie cacy, a takie przekonanie ma Pani Kurator. Bycie trzeźwym nie wyklucza przemocy psychicznej, a Ona… daje mu alibi… rozgrzeszenie i utwierdza w tym, że może postępować w sposób niedopuszczalny. Czyli, może znęcać się nad nami nadal.

Problem polega na poziomie zacietrzewienia Pana Hrabiego. Zabawki mu się rozbiegają i ma do nich utrudniony dostęp. Do tego wyrok z nakazem opuszczenia lokalu, eksmisja i wymeldowanie, rozwód (zabawka nr 1 ucieka jawnie), dalej sprawa o zakazie zbliżania się do nas… nie wiem do czego porównać to co się z nim obecnie dzieje. To chyba jak zamknąć zwierzę wytresowane do przemocy i mordowania w klatce i przed nosem pokazywać mu to co podnosi jego chęć zabijania.

Dlaczego wspominam o zabijaniu? To proste. Człowieka można zabić na wiele sposobów. pan Hrabia obiecał kiedyś matce swoich dzieci, że NIGDY jej nie da spokoju, i że tylko śmierć ją może uratować… oraz, że i tak ją zabije, któregoś dnia. Doprowadził swoim działaniem do tego, że stan jej zdrowia jest na takim etapie, że jeszcze jeden, dwa, a może trzy jego popisowe numery, numery na które ma przyzwolenie od Pani Kurator, i obawiam się, że jeśli skończy się wszystko zawałem to nie będzie źle, bo przy tak wysokim ciśnieniu, które ostatnio się pojawiło, jest kilka innych możliwości, o których boję się myśleć. Wysokie ciśnienie u osoby, która całe życie miała bardzo niskie ciśnienie… nie jest niczym dobrym…

… czy są inne możliwości? Tak, są. Pan Hrabia to tchórz, ale tchórz możne mieć to do siebie, że kiedy dobije się go do ściany desperacji, a w przypadku tchórza mającego satysfakcję w znęcaniu się nad innymi – odbierze się mu wszystko to co zna, wszystkie zabawki i puści się go bez nadzoru – będzie zdolny do wszystkiego. Tak, mój ojciec nie będzie miał problemu z przekroczeniem granicy i z zabiciem mojej matki… czy kogokolwiek z nas. Jeśli zabije jedną osobę, z resztą pójdzie mu gładko i bez krzty wahania.

Że przesadzam, że takie rzeczy to tylko w filmach? … Życie pisze bardziej paskudne scenariusze, niż te, które scenarzyści są w stanie sami wymyślić na kanwie bujnej wyobraźni, a do tego… nawet w filmie, nie można pokazać tego co pokazuje życie, bo – bo byłoby tego już za wiele nawet dla żadnego sensacji i krwi widza…

Kolejny etap odtajania. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu, kiedy ktoś coś mi obiecał, zapewniał, że coś zrobi, coś da, czymś się podzieli i wszystkie te obietnice rozpływały się w niebycie, ja schylałam głowę, kuliłam ramiona i tłumiłam w sobie wszelkie reakcje. Nie pozwalałam sobie na złość, nie pozwalałam sobie na gniew. Pozwalałam sobie aby, co najwyżej, było mi nieco przykro. Z tym, że też nie za bardzo. Bo nie wypada. Dlaczego tak było? Mechanizmy, które na to wpływały, opisałam we wcześniejszych notkach. Ogólnie, po prostu, nie wolno mi było się złościć, się gniewać, żywić żalu i pretensji. Jako „starsza i mądrzejsza” miałam być ponad takie uczucia. Co wpojono dziecku, to trwało przez całą dorosłość.

Teraz, kiedy czegoś nie dostanę, popadam w histerię, miotam się, awanturuję. Pokazuję swój ból i żal, gorycz. Mam pretensje. Problemem jest to, że druga skrajność, na dłuższą metę, też nie jest do przyjęcia. Tym razem jednak nie mam na myśli, że nie jest do przyjęcia przez otoczenie. Nie jest do przyjęcia przeze mnie. Męczy i otoczenie, i mnie samą. jest jednak potrzebna. Właściwie to była potrzebna. Teraz nadszedł czas na to, aby zacząć uczyć się nad nią panować.

Wiem już jak zachowuje się dziecko, które nie dostaje na czas tego co chce. Kiedy pozwala mu się marudzić i grymasić. Teraz, czas zacząć dorastać i układać swoje chcenia tak aby nie męczyły mnie samej, a przy okazji i otoczenia. Nie jest to proste.

Dziś rano spodziewałam się dostać e-maila. Czekam na niego od kilku dni i miałam obiecanego go na dziś. Samo czekanie do dziś nie było łatwe, gdyż miałam ochotę popędzać czas na różne sposoby. Zwłaszcza, że kilka tygodni temu jeszcze bym właśnie tak postępowała – popędzała, oczekiwała i wymagała żeby było SZYBCIEJ. No więc tym razem czekałam. Dziś rano, kiedy skrzynka okazała się nadal pusta, przeszedł przeze mnie tajfun emocji. Złość, ochota na tupanie nogami, na krzyczenie. Już chciałam złapać telefon i krzyknąć w słuchawkę: „Dlaczego nie napisałeś – ja czekam!!! Nie szanujesz mnie.”.

Biorę głęboki wdech i staram się zapanować nad małą dziewczynką, która znowu czuje się rozgoryczona. Mówię jej, że ma do tego prawo, że ma prawo czuć rozczarowanie i złość, bo przecież czekała. Mówię jej, że rozumiem to co czuje. Trochę mnie dławi jej ból i gorycz. Gorycz silna i toksyczna. Gorycz tych wszystkich rozczarowań jakie ma za sobą, które przelewa na to jedno. Staram się tłumaczyć, że czasem może warto poczekać, a nie rezygnować, że może poczekać i uspokoić emocje, zamiast robić dziką awanturę. Nie idzie mi łatwo to tłumaczenie. Jej ból to mój ból. Rzecz nie jest znacząca i wielka, a rozpacz jest niewspółmierna do tego co się stało.

Wyzwaniem jest to, aby nie własnych emocji. Wyzwaniem jest to, aby je zrozumieć i poukładać. Znaleźć miejsce, w którym emocje są współmierne do okoliczności, które je wywołały.

Nie mam prawa oczekiwać, aby ktoś spłacał stare, cudze rachunki. Rachunki negowania dziecięcych emocji i potrzeb. Te rachunki należne są moim rodzicom i nikomu więcej. Nie mogę jednak oczekiwać, ze rodzice zapłacą je dzisiaj, skoro nie byli w stanie zapłacić ich gdy czas był na to właściwy, więc… czas je poukładać i pogodzić się, i nie oczekiwać, nie wymagać, by ktoś obcy je zapłacił. Przecież zawsze, każdy rachunek, można anulować… tylko nie wiem jeszcze jak to zrobić w odniesieniu do tych szczególnych, emocjonalnych.

Film tak na początek.

Dla nieangielskojęzycznych: po zastartowaniu filmu w prawym dolnym rogu zobaczycie ikonkę dymku (jak w komiksach) z kropeczkami. Naciśnijcie ją i wybierzcie język polski, a na ekranie pojawią się napisy.

To powyżej za Waterloo. Pozwoliłam sobie zaczerpnąć z jej zasobów. Myślę, że nie będzie miała nic przeciwko. Nie w tym temacie. Nie teraz. Oglądając powyższy filmik coś się zaczęło we mnie buntować. Ok. Git. Wszystko cacy i ładnie, ale to tam, za wielką wodą ma sens, a u nas? Nie u nas się nie da tak. Nie da się mówić. STOP. STOP. STOP!!!

Przez lata pouczana byłam przez Matkę, że to co dzieje się w domu, to nasza prywatna sprawa i nie wolno nikomu o tym mówić, bo to wstyd. Bo to nikogo nie obchodzi. Bo świadczy to o nas, że sobie nie radzimy, Bo każdy ma swoje problemy. Bo WSZYSCY tak mają. Pouczała mnie też Babcia. Delikatniej, choć nie mniej stanowczo. A ja chciałam krzyczeć.

Chciałam krzyczeć, że jest mi źle, że jest mi niedobrze, że się boję. Tylko nie mogłam. Nie było mi wolno. Ten zakaz mówienia wprowadzano tak sukcesywnie i tak wcześnie, że stał się na długie lata jedynym słusznym sposobem na życie. Nie tylko sposobem na moje życie, ale często bywało, że na życie również moich koleżanek. W okolicy, w jakiej mieszkałam, większość miała do czynienia z przemocą, więc czasami, kiedy już zbyt wiele naszych emocji się nazbierało, zaczynałyśmy między sobą szeptać. Niewiele. Czasem zdanie, czasem dwa, tyle, aby poczuć chwilową ulgę i jakąś zdeformowaną jedność, że nasze cierpienie podziela jeszcze ktoś, ze ktoś wie co czujemy i to rozumie, bo przeżywa coś podobnego. Tylko zaraz, za chwilę pojawiał się wyrzut sumienia. Przecież NIE WOLNO nam o tym mówić.

Kończąc szkołę podstawową (gdy gimnazjum nikomu się jeszcze nie śniło, że będzie) akurat nastąpiła kolejna eskalacja domowych awantur. Owszem, ósma klasa to jedyne świadectwo z paskiem, jakiego się w szkole dorobiłam. Dlaczego jedyne – bo wiosna była szybka i ciepła, a ja siedziałam z podręcznikami na łące, byle dalej od domu. Nie stałam się nagle orłem, ale na łące miałam więcej spokoju, a czasem udawało mi się zapomnieć i nie myśleć o tym co w domu.

Później przyszła szkoła średnia i… nie wiem, jak to się działo, ale Pan Hrabia zawsze „wyczuwał” kiedy miałam jakąś klasówkę, sprawdzian, czy potencjalne odpytywanki. Wiecie jak to jest odpowiadać na lekcji lub pisać, po tym jak masz nieprzespaną noc, jak biegałaś po osiedlu szukając sprawnego telefonu aby wezwać policję, bo… komórek wówczas jeszcze nie było, a w naszym domu, nie mogło być mowy o telefonie stacjonarnym, bo nie i już. Po takiej nocy, kiedy swoim ciałem zasłaniałaś Matkę lub młodsze rodzeństwo, lub pilnowałaś aby 6 latka (siostra) nie widziała za wiele lub przypadkiem nie oberwała – ostatnią rzeczą na jaką miałaś ochotę po takiej nocy, było pisanie sprawdzianu. Nie miało znaczenia, że przez ostatni tydzień kułaś do niego, i tak nic nie pamiętałaś. Byłaś zbyt zmęczona, aby przejmować się taką duperela jak sprawdzian, bo zastanawiałaś się co w domu.

Przyszło mi wówczas do głowy, że to milczenie to pic na wodę jest. Nie sprawdza się. Zaczęłam mówić o tym co się dzieje. Oczywiście, odbiłam się od ściany zmowy milczenia. Przesadzasz. Wyolbrzymiasz. Histeryzujesz. Zmyślasz. Opowiadasz bajki. Szukasz wymówki bo się nie nauczyłaś. Kłamiesz. Znam Twojego ojca – kłamiesz. Doświadczenie nauczyło mnie, że mówienie to złe rozwiązanie. Problem w tym, że nie mówienie jest rozwiązaniem jeszcze gorszym.

Tak, czy inaczej jedyne co mogło mnie spotkać to ostracyzm i społeczny, i rodzinny. Społeczny, bo ludzie nie chcą wiedzieć, BOJĄ się wiedzieć, gdyż musieliby zareagować i być może podjąć działania, więc bezpieczniej jest udawać, że nie ma problemu. Rodzinny, bo przerwałam zmowę milczenia i zaczęłam nazywać rzeczy po imieniu.

Tylko, że wówczas również zrozumiałam, że ja od zawsze jestem sama i samotna, więc to co może mnie najgorszego spotkać, już od dawna jest moim udziałem, a tylko ja ciągle jeszcze łudzę się, że jest inaczej. Nie, wówczas wszystko to nie układało się w takie krągłe słowa, jak teraz, wszystko to opierało się o emocje i odczucia – było bezimienne i intuicyjne. Miałam cholernie dużo szczęścia, bo mój bunt przybrał postać mówienia i nazywania rzeczy po imieniu. Im mniej osób chciało słuchać im większy był nacisk na milczenie, tym ja mówiłam częściej i głośniej… choć wiązało się to z bólem. Najczęściej z odrzuceniem, a tym czego nastolatek potrzebuje najbardziej jest akceptacja. Mogłam jednak trafić gorzej. Mogłam wpaść w matnię zachowań samo-destrukcyjnych. Mogłam popaść w nałogi (alkohol, używki, narkotyki), mogłam zacząć niszczyć siebie ( samo-okaleczanie), mogłam… mogłam popaść w coś o wiele gorszego…

Przez całą szkołę średnią, problem narastał. Miałam coraz bardziej dosyć. Chciałam uciec, ale nie wiedziałam jak. Więc zrobiłam to co wiele córek rodzin dysfunkcyjnych robi – uciekłam. Wyszłam za mąż. Powieliłam jakiś schemat, z którego wówczas nie zdawałam sobie sprawy. Tym razem miałam pecha, a raczej nie tyle pecha, co brak wiedzy i brak świadomości schematów. Wybrałam faceta, który w wielu kwestiach był taki jak mój ojciec. Więc nie uciekłam daleko. Zmieniłam lokal i kata, ale nie zmieniłam niczego więcej. Nawet to, że znowu za kogoś byłam odpowiedzialna. Tym razem już nie za Matkę, nie za młodsze rodzeństwo… teraz odpowiadałam za własne dziecko.

To co różniło mojego ojca od męża, było to, że ojciec znęcał się nad nami psychicznie i fizycznie w sposób świadomy, mąż mój stosował przemoc psychiczną i w sposób mniej świadomy i bardziej intuicyjny, choć nie mniej dotkliwy.

To czego wówczas sobie nie uświadamiałam, w chwili kiedy podejmowałam decyzję o „ucieczce” z domu, było to, że mam inna łatwą możliwość. Nikt mi o niej nie powiedział, a ja sama, byłam zbyt ograniczona otaczającą mnie rzeczywistością, by samodzielnie ją dostrzec, choć była w zasięgu wzroku. Mamy nie było stać na to aby mnie wysłać na studia i utrzymać resztę rodziny, więc postanowiłam zaliczyć „wpadkę” i szybko wyjść za mąż… a mogłam zwyczajnie iść do pracy i wynająć gdzieś pokój i powoli sobie poukładać życie… tylko ta praca była wówczas nie do wymyślenia. Przez lata wpajano mi schemat szkoła, studia, małżeństwo, rodzina… z braków finansowych, wypadło jedno ogniwo. Naturalnym było więc przejście do następnego etapu. Nic innego nie było możliwe. Nic innego nie potrafiłam wówczas dostrzec.

Teraz, z perspektywy czasu, strasznie mondralińska jestem. Jednak wówczas, wówczas byłam zdezorientowana, zagubiona, samotna i odpowiedzialna za nowe małe życie – za Młodego. To właśnie Młody stał się dla mnie siłą i to właśnie on utwierdził mnie w tym że o przemocy należy mówić i nie wolno jej przemilczeć. Niestety, nie udało mi się go uchronić od wielu rzeczy, jednak, cały czas staram się pokazywać mu różne alternatywy, oraz tłumaczę to, że milczenie jest przyzwoleniem, a przemoc jest rzeczą, na którą nie wolno się zgadzać. Na żadną przemoc nie wolno się zgadzać.

To czego dzisiaj się boję, to te wszystkie możliwości, o których nadal nie wiem, których nadal nie dostrzegam, a które być może zobaczę za jakiś czas i… zrozumiem, że wiele rzeczy można było zrobić jeszcze inaczej. Tyle, że dziś wiem jedno – mogę liczyć tylko na siebie i nie mogę milczeć, bo milczenie sprawia, że czuję się winna i słaba… a to nie ja jestem winna, to nie ja prosiłam aby się ktoś nadze mną znęcał, to wina tego, kto to robił… małe dziecko tylko szukało miłości, a w zamian otrzymywało przemoc…

Jak trudno jest mi się teraz, w życiu dorosłym odnaleźć, jak trudno jest mi zbudować dobrą, pozbawioną przemocy relację – tego nie umiem opisać, bo słowa jeszcze się rozbiegają… może kiedy uda mi się to poskładać, może wówczas uda mi się tez to opisać.

Zazdrość. Przez całe dotychczasowe życie zazdrość była dla mnie absurdem i czymś nie do pomyślenia. Jak to, ja miałabym być zazdrosna? Nic z tych rzeczy! Jestem ponad takie przyziemne uczucia. Mnie ono nie dotyczy. Ja jestem wyrozumiała i otwarta. Nie oceniam, akceptuję, nie zazdroszczę. Wszystko pięknie i ładnie… tylko, że to nie prawda jest.

Od dłuższego czasu tak się nad tym zastanawiałam i nie łatwo mi było przyznać dlaczego tak bardzo oszukuję siebie w tej kwesti. Teraz wiem, że musiałam dojrzeć do złamania kolejnego tabu mojego dzieciństwa. Nadal jest dla mnie dyskomfortem uświadamianie sobie ludzkich słabości w rodzicacg, a zwłaszcza w matce. Matka dla dziecka jest wszystkim. Jest niedoścignionym ideałem i uświadomienie i sobie skazy i rysy na tym idealnym obrazie boli.

Dlaczego mnie ono boli? Bo stwarza potrzebę ułożenia emocji na nowych miejscach, bo takie przekładanie jest trudne i towarzyszy mu poczucie dyskonfortu – nie wolno tego robić! Tak krzyczy mała dziewczynka jaka jest częścia mnie. Dziewczynkaa, która poświęciła wiele trudu na to by zbudować swój świat, który teraz ja sukcesuwnie i systematycznie, chociaż powoli, burzę i staram się zbudować na nowo. Nowe budzi lęk i obawy, ale też wyzwala uczucia i emocje, które kiedyś były zabronione.

Takim zabronionym uczuciem była zazdrość. Nie miałam prawa być zazdrosna. To było mierne i niegodne. Nie miałam prawa być zazdrosna o młodsze rodzeństwo i czas jaki matka jemu poświęcała. Nie miałam prawa być zazdrosna o zabawki, bo oni młodsi sa i nie rozumieja jeszcze, a Ty jako starsza i madrzejsza musisz zrozumieć i podzielić się z nimi. Nauczono, wpojono mi, nie tylko to, że zazdrość jest zła i należy ja wyprzeć, ale też że mam być bezinteresowna i dzielić się tym co mam bez szemrania i protestów.

Jak na takiej podstawie miałam budować coś normalnego? Ostatni rok to droga przez emocjonalne piekło. Czuję się jakbym otwarła własna puszkę pandory. Nie miałam szans na budowanie czegokolwiek, bo budowanie bez fundamentów jest z założenia skazane na nieprzetrwanie. Jest to iluzja i nic więcej. Obudził ten rok tyle emocji i uczuć, że zostałam nimi przytłoczona.

Bezinteresownie oddałam spora część siebie, nie oczekujac nic w zamian i nie dlatego, że niczego nie chciałam, tylko dlatego, że tę bezinteresowność wpojono mi do tego stopnia, że nie wiedziałam iż może być inaczej. Odkrycie, że powinno być inaczej prawie mnie powaliło z nóg. Skoro może być inaczej, to… jak to jest z zazdrościa? Jak to jest z gniewem? Nigdy nie płakałam. Przecież łzy to słabość, a ja silna byłam. Ostatni rok to niemal codzienne łzy. Czasem dziki szloch. Swoje łzy często przypisywałam relacji jaka była w moim życiu, ale, chociaż nie raz mówiłam, że to nie On jest powodem, tylko moje emocje, to dopiero dziś dotarło do mnie jak bardzo się myliłam i jak bardzo miałam rację.

Myliłam sie gdyż to On budził kolejne emocje i uczucia z jakich zrezygnowałam tak dawno temu, że zapomniałam iż one, choć przyziemne i niechlubne, również sa częścia mnie samej. Więc był przyczyna moich łez.

Miałam rację, gdyż nowo obudzone emocje i uczucia uderzały mnie raz po raz z siła wielu lat tłumienia i brakiem umiejetności radzenia sobie z nimi. Bolało to, że te emocje sa moim udziałem, bolało to, że zupełnie nie wiedziałam jak z nimi sobie radzić, co tylko pogłębiało moja histerię.

Dziś boli to, że nie wiem co jest prawda, a co złudeniem, bo burzac jedne mury obronne stawiam następne na ich miejsce. Mocniejsze i bardziej wyrafinowane, bo wiem więcej o sobie i swoich emocjach i uczuciach. Wiem, że mam prawo do zazdrości i do gniewu, nawet wowczas gdy inni uważaja, że jest on bezzasadny. Mam do niego prawo… tylko ciagle jeszcze nie umiem skorzystać z niego bez głębokiego poczucia wstydu…

Zanim na nowo nauczę sie siebie czeka mnie jeszcze wiele przepłakanych dni i wiele złudzeń, których muszę się o sobie i świecie pozbyć.

Nadal czekam na spotkanie z prawnikiem. To czekanie drażni mnie niemiłosiernie. Chciałabym mieć już to za sobą i wiedzieć, co i jak dalej, jak mam to zrobić i co zrobić. Jednak, to właśnie ta konieczność działania trzyma mnie w pionie, gdyby nie ona, rozsypałabym się tak, że tym razem nie byłoby już co ze mnie zbierać.

Nie lubię uczuć. Nie znam ich. Nie znam się na nich. Są chore. Są jak choroba. Niestety nie umiem ich amputować, odciąć i wyrzucić do kosza. Tak, mam wrażenie, że zmarnowałam coś, co trafia się w życiu jeden raz. Jednak, siadam obok siebie i obiektywnie mówię, że nie zmarnowałam, że aby coś było, muszą chcieć tego dwie strony.

Nie czuć byłoby łatwiej. Nieczucie jest kuszące i pociągające. Mam ochotę odreagować. Nie podoba mi się sposób na odreagowanie. Moją decyzją jest, czy wpakować się w kłopoty, czy nie. Moim wyborem jest, czy che być na dnie, czy z niego chcę się wydostać, ale niestety nie jest moim wyborem to co i czy czuję. Gdybym mogła amputować sobie uczucia, amputować emocje – nie zastanawiałabym się. Już ich nie chcę. Tak, jak bardzo cieszyłam się z ich odzyskania, tak teraz, równie mocno, a nawet bardziej, nie chcę ich. Gromadzą się w nieprzespanych nocach, w stałym bólu głowy, w oczach pełnych łez, kiedy tylko nikt nie widzi… a obok są, tak blisko, cudze uczucia. Wystarczy sięgnąć. Czy zimna, pozbawiona uczuć i emocji, kalkulacja, zawsze jest zła? Jest bezpieczna, ale czy jest zła? I kto ma decydować o tym co jest dobre, a co złe?

Dziś była rozprawa Pana Hrabiego. Wniósł do sądu, że wyrok ze stycznia 2013 o znęcanie, pozbawił go JEGO DOMU. Cóż, domu go nie pozbawił, ale zakazał mu w nim mieszkać w trybie natychmiastowym (klauzula natychmiastowej wykonalności, bez oczekiwania na uprawomocnienie pozostałych wskazań wyroku). Ta sama Sędzina, którą znowu swoim zachowaniem wyprowadził z równowagi… cóż, wyrok został utrzymany w mocy w pełnym zakresie. Oczywiście przysługuje mu prawo do odwołania w terminie 7 dni do Sądu Okręgowego, ale… cóż, z jego zachowaniem, to nie zdziała nic, poza marnotrawieniem naszego czasu i czasu Wysokiego Sądu.

Jednak istnieją inne problemy. Dla mnie istotne. Szukam i widzę, że nasze prawo, jak to nasze prawo, jest w pewnych kwestiach do dupy… w sensie, że wydrukować, byle na najgorszym papierze, i podetrzeć się w wychodku, kiedy braknie papieru. Dlatego też papier gorszej jakości być musi, aby się nie ślizgał i nie rozmazywał tego gówna.

O co mi chodzi? O to, że czekam dnia, kiedy ktoś podpowie jaśnie Panu co jeszcze może, albo… zacznie chorować i wymagać opieki czy to szpitalnej, czy to w domu opieki społecznej.  Dla lepszego wglądu przytoczę poniżej artykuł za „Wyborczą”, który ładnie zilustruje zainteresowanym co można w tym kraju zrobić, po tym jak ktoś nie pamiętał o Twoim istnieniu, albo znęcał się nad tobą dla osiągnięcia własnej satysfakcji, czy też wykorzystywał Ciebie finansowo i emocjonalnie.

Alimenty dla rodziców – czy dzieci mają

obowiązek je płacić?

Alimenty to obowiązek. Nie tylko rodziców wobec dzieci, ale też dzieci wobec rodziców i dziadków. Gdy matka lub ojciec popadną w niedostatek, mają prawo upomnieć się o wsparcie od dorosłych dzieci. Wtedy nie ma przebacz, trzeba płacić. Ale od tej reguły jest kilka wyjątków.

Nie tak dawno głośno było w mediach o pewnej blisko 70-letniej kobiecie z Opola, która pozwała swoje dzieci o alimenty. Ma ich czworo, ale o najmłodszym synu słuch zaginął. Dlatego pominęła go w pozwie. Od trójki pozostałych zażądała po 600 zł miesięcznie.

Swój wniosek argumentowała tym, że przeszła kilka wylewów, jest schorowana i biedna. Dostaje tylko 900 zł renty, po opłaceniu komornego (500 zł) i raty kredytu (200 zł) na życie pozostaje jej zaledwie 200 zł. Skarżyła się sądowi, że dzieci mieszkają i pracują w Niemczech, dobrze im się powodzi, ale swoim dostatkiem nie chcą się dzielić z niepełnosprawną matką. Najstarsza córka przez pewien czas pomagała, ale w końcu przestała. Średni syn przysłał kilka paczek z kawą i żelkami. Od najmłodszej córki nie było żadnego wsparcia, choć kobieta przez kilkanaście lat pomagała jej wychowywać wnuczkę.

Po kilku miesiącach procesu sąd wydał wyrok. Odbyło się to za zamkniętymi drzwiami, ale wiadomo, że alimenty ma płacić tylko najstarsza córka. I to nie w wysokości 600 zł, jak chciała matka, ale 400 zł miesięcznie. Obciążanie pozostałych dzieci alimentami godziłoby w zasadę równości społecznej – uznał sąd. Kobieta nie sprostała bowiem obowiązkom wychowawczym wobec dzieci, jednego z synów oddała do domu dziecka, pozostałe dzieci też zaniedbywała. Skoro nie była dobrą matką, nie można wymagać od dzieci, by się nią teraz opiekowały – zdecydował sąd. Wyrok nie jest prawomocny. Kobieta zapowiedziała apelację.

Jak często rodzice pozywają dzieci o alimenty

Polskie prawo od dawna pozwala na to, by rodzice w niedostatku dostawali alimenty od własnych dzieci. Choć przepisy nie są nowe, to dopiero teraz ludzie nauczyli się z nich korzystać. Od kilku lat liczba pozwów rodziców wobec dzieci rośnie. Podobnie jak liczba wyroków sądowych. Jeszcze w 2010 r. było ich trochę ponad 700. Rok temu już o 450 więcej. Prawnicy są zgodni, że pozwów będzie przybywać, bo wkrótce w wiek emerytalny wejdzie pokolenie ludzi, którzy pracują na śmieciówkach czyli umowach, od których nie jest odprowadzana składka na ubezpieczenie społeczne. Nie wypracują kapitału, nie dostaną emerytury. Gdy nie będą mieli z czego żyć, wyciągną rękę do dzieci lub wnuków.

Ważne! Prawo do alimentów mają nie tylko rodzice biologiczni, ale też teściowie, macocha lub ojczym, pod warunkiem jednak, że uczestniczyli w wychowaniu i utrzymaniu dziecka.

Kiedy rodzic może domagać się alimentów

Zgodnie z przepisami kodeksu rodzinnego i opiekuńczego rodzice mogą domagać się alimentów od dzieci, jeśli pozostają w niedostatku. Nie ma jednoznacznej definicji niedostatku, ale przyjmuje się, że jest to sytuacja, gdy rodzic nie jest w stanie własnymi siłami zaspokoić swoich usprawiedliwionych potrzeb, a dzieci mają możliwości finansowe, aby mu w tym pomóc lub go wyręczyć.

Artykuł 128 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego mówi, że obowiązek dostarczania środków utrzymania obciąża krewnych w linii prostej (rodzice, dziadkowie, dzieci) oraz rodzeństwo. Przy czym obowiązek ten spoczywa w pierwszej kolejności na dzieciach i wnukach (zwanych w języku prawniczym zstępnymi), a dopiero potem na rodzicach i dziadkach (których prawo

nazywa wstępnymi). Gdy ani jedni, ani drudzy nie mają możliwości, by udzielić pomocy, wtedy obowiązek ten przechodzi na rodzeństwo.

Jeżeli jest kilku zstępnych lub wstępnych – obowiązek obciąża bliższych stopniem przed dalszymi.

Alimenty od dzieci

To, że rodzice źle wywiązywali się ze swoich rodzicielskich obowiązków, unikali zatrudnienia, nie płacili alimentów, okradali rodzinę, a nawet znęcali się nad nią, nie jest jeszcze wystarczającą podstawą, by odbierać im prawo do ubiegania się o alimenty od dzieci. Nie znaczy to jednak, że sąd alimenty przyzna. Może bowiem uznać, że rodzic znalazł się w niedostatku z własnej winy: nie szukał pracy, był z niej wyrzucany za pijaństwo, nie dbał o zdrowie, był hazardzistą i utracjuszem.

I oddalić powództwo, powołując się na zasady współżycia społecznego.

Mówią o tym przepisy kodeksu cywilnego i kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Artykuł 5 kc brzmi: „Nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego”. Artykuł 144 (1) krio zaś mówi wyraźnie: „Zobowiązany może uchylić się od wykonania obowiązku alimentacyjnego względem uprawnionego, jeżeli żądanie alimentów jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego”.

Kluczowa jest tu uchwała Sądu Najwyższego z dnia 16 grudnia 1987 r. (sygn. akt. III CZP 91/86), który wymienił przykłady rażąco niewłaściwego postępowania uprawnionego do alimentacji:

- zachowanie godzące w życie lub zdrowie członka rodziny;- naruszanie godności dobrego imienia i innych dóbr osobistych członków rodziny;- zawinione popadnięcie w niedostatek lub umyślne wywołanie sytuacji prowadzącej do żądania świadczeń alimentacyjnych.

Zdaniem sądu byłoby rażącą niesprawiedliwością, gdyby osoba krzywdzona musiała płacić alimenty osobie krzywdzącej tylko dlatego, że łączy ich pokrewieństwo.

Jakie przepisy o pomocy społecznej

Zupełnie inne reguły rządzą w pomocy społecznej.

Zgodnie z art. 61 ust. 1 ustawy o pomocy społecznej z marca 2004 r. opłata za pobyt pensjonariusza w domu opieki społecznej w pierwszej kolejności obciąża jego samego, a gdy nie ma z czego – jego współmałżonka. Gdy i współmałżonek nie ma z czego, obowiązek przechodzi na dzieci i wnuki. Dopiero gdy ich nie ma, nie można ich odnaleźć lub sąd odrzuci pozew, za podopiecznego zapłaci gmina.

Co ciekawe, obowiązek płacenia za pobyt rodzica w państwowym domu opieki nie ma nic wspólnego z obowiązkiem alimentacyjnym. Mówiąc wprost: choćby rodzic był ostatnim draniem, został pozbawiony władzy rodzicielskiej, opuścił rodzinę dawno temu i zerwał kontakty albo wprost przeciwnie – zamienił życie domowników w koszmar – dorosłe dziecko musi mu opłacać „depees”.

Przykład. Jakiś czas temu media szeroko opisywały historię chłopaka, który musiał dopłacać do pobytu ojca w domu opieki kilkaset złotych miesięcznie z mizernej pensji, jaką dostawał za pracę na stacji benzynowej. Obowiązek był tym bardziej niesprawiedliwy, że chłopak pół życia spędził w sierocińcu, a ojciec dostał wyrok za znęcanie się nad nim.

Syn przestał płacić po dwóch latach, ale nie dlatego, że sąd go z tego obowiązku zwolnił, tylko dlatego, że ojciec zapił się na śmierć.

Takich przykładów jest więcej.

Łukasz miał 10 lat, gdy sąd pozbawił jego ojca władzy rodzicielskiej. Stało się to po tym, jak mężczyzna omal nie zabił chłopca w domowej awanturze. Matka uciekła z synem tak, jak stała. Nie wzięła nawet portfela z dokumentami.

Minęło 13 lat. Łukasz skończył szkołę zawodową, otworzył własny zakład naprawy rowerów i wypożyczalnię. Zarabia tyle, że stać go na wyjęcie mieszkania i samochód. Udało mu się nawet odłożyć trochę grosza. Zamierza objechać rowerem Skandynawię. Z tych planów może jednak nic nie wyjść, bo właśnie dostał pismo z MOPS, w którym proszą go o stawienie się „celem przeprowadzenia wywiadu alimentacyjnego na rzecz ojca”.

Grażynę wychował ojciec. Matka została pozbawiona władzy rodzicielskiej, gdy dziewczyna miała 13 lat. Teraz kobieta jest w domu opieki społecznej. Grażyna dostała od nich pismo, że renta matki jest trzykrotnie niższa, niż wynosi miesięczna opłata za jej pobyt w placówce. Dlatego opieka społeczna zwraca się do Grażyny, by z własnej kieszeni dołożyła się do utrzymania matki.

Grażyna odpisała opiece, że matka jej nie utrzymywała, więc i ona nie zamierza utrzymywać matki. W odwecie dostała wezwanie do sądu. Miejski ośrodek pomocy społecznej w imieniu matki wystąpił z pozwem o alimenty od córki.

Grażyna wynajęła prawnika, co kosztowało ją 800 zł. Ale się opłacało. Adwokat przekonał sąd, że kobieta była wyrodną matką, bez praw rodzicielskich, o których przywrócenie nigdy nie zabiegała. Nie zależało jej na kontakcie z córką, nie wspomagała jej finansowo. Córka nie jest jej więc nic winna. Sąd pozew oddalił.

Jednak nie wszystkie sądy chcą zwalniać dzieci z obowiązku łożenia na rodzica, choćby ten był nim jedynie z nazwy. Gdy mimo wyroku syn czy córka nie płacą, można im zająć prawie cały dochód, pozostawiając jedynie kwotę odpowiadającą równowartości najniższego krajowego wynagrodzenia, czyli obecnie 1680 zł brutto. Na dodatek dług się liczy wstecz, co oznacza, że dziecko będzie musiało zapłacić rachunek za miesiące, a nawet lata, które rodzic spędził w domu opieki.

Przepis jest tak niesprawiedliwy, że zareagowała rzecznik praw obywatelskich. Prof. Irena Lipowicz postuluje, by tak zmienić prawo, żeby dorosłe dziecko mogło uchylić się od obowiązku płacenia, gdy jest to sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.

Jej zdania nie podziela jednak minister pracy, który uważa, że dorosłe dzieci mogą się bronić przed obowiązkiem utrzymywania wyrodnych rodziców, odwołując się do samorządowego kolegium, a gdy to nie wystarczy – do sądu administracyjnego. I nie widzi potrzeby zmiany przepisów.

Alimenty to obowiązek. Nie tylko rodziców wobec dzieci, ale też dzieci wobec rodziców i dziadków. Gdy matka lub ojciec popadną w niedostatek, mają prawo upomnieć się o wsparcie od dorosłych dzieci. Wtedy nie ma przebacz, trzeba płacić. Ale od tej reguły jest kilka wyjątków.

Nie tak dawno głośno było w mediach o pewnej blisko 70-letniej kobiecie z Opola, która pozwała swoje dzieci o alimenty. Ma ich czworo, ale o najmłodszym synu słuch zaginął. Dlatego pominęła go w pozwie. Od trójki pozostałych zażądała po 600 zł miesięcznie.

Swój wniosek argumentowała tym, że przeszła kilka wylewów, jest schorowana i biedna. Dostaje tylko 900 zł renty, po opłaceniu komornego (500 zł) i raty kredytu (200 zł) na życie pozostaje jej zaledwie 200 zł. Skarżyła się sądowi, że dzieci mieszkają i pracują w Niemczech, dobrze im się powodzi, ale swoim dostatkiem nie chcą się dzielić z niepełnosprawną matką. Najstarsza córka przez pewien czas pomagała, ale w końcu przestała. Średni syn przysłał kilka paczek z kawą i żelkami. Od najmłodszej córki nie było żadnego wsparcia, choć kobieta przez kilkanaście lat pomagała jej wychowywać wnuczkę.

Po kilku miesiącach procesu sąd wydał wyrok. Odbyło się to za zamkniętymi drzwiami, ale wiadomo, że alimenty ma płacić tylko najstarsza córka. I to nie w wysokości 600 zł, jak chciała matka, ale 400 zł miesięcznie. Obciążanie pozostałych dzieci alimentami godziłoby w zasadę równości społecznej – uznał sąd. Kobieta nie sprostała bowiem obowiązkom wychowawczym wobec dzieci, jednego z synów oddała do domu dziecka, pozostałe dzieci też zaniedbywała. Skoro nie była dobrą matką, nie można wymagać od dzieci, by się nią teraz opiekowały – zdecydował sąd. Wyrok nie jest prawomocny. Kobieta zapowiedziała apelację.

Jak często rodzice pozywają dzieci o alimenty

Polskie prawo od dawna pozwala na to, by rodzice w niedostatku dostawali alimenty od własnych dzieci. Choć przepisy nie są nowe, to dopiero teraz ludzie nauczyli się z nich korzystać. Od kilku lat liczba pozwów rodziców wobec dzieci rośnie. Podobnie jak liczba wyroków sądowych. Jeszcze w 2010 r. było ich trochę ponad 700. Rok temu już o 450 więcej. Prawnicy są zgodni, że pozwów będzie przybywać, bo wkrótce w wiek emerytalny wejdzie pokolenie ludzi, którzy pracują na śmieciówkach czyli umowach, od których nie jest odprowadzana składka na ubezpieczenie społeczne. Nie wypracują kapitału, nie dostaną emerytury. Gdy nie będą mieli z czego żyć, wyciągną rękę do dzieci lub wnuków.

Ważne! Prawo do alimentów mają nie tylko rodzice biologiczni, ale też teściowie, macocha lub ojczym, pod warunkiem jednak, że uczestniczyli w wychowaniu i utrzymaniu dziecka.

Kiedy rodzic może domagać się alimentów

Zgodnie z przepisami kodeksu rodzinnego i opiekuńczego rodzice mogą domagać się alimentów od dzieci, jeśli pozostają w niedostatku. Nie ma jednoznacznej definicji niedostatku, ale przyjmuje się, że jest to sytuacja, gdy rodzic nie jest w stanie własnymi siłami zaspokoić swoich usprawiedliwionych potrzeb, a dzieci mają możliwości finansowe, aby mu w tym pomóc lub go wyręczyć.

Artykuł 128 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego mówi, że obowiązek dostarczania środków utrzymania obciąża krewnych w linii prostej (rodzice, dziadkowie, dzieci) oraz rodzeństwo. Przy czym obowiązek ten spoczywa w pierwszej kolejności na dzieciach i wnukach (zwanych w języku prawniczym zstępnymi), a dopiero potem na rodzicach i dziadkach (których prawo

nazywa wstępnymi). Gdy ani jedni, ani drudzy nie mają możliwości, by udzielić pomocy, wtedy obowiązek ten przechodzi na rodzeństwo.

Jeżeli jest kilku zstępnych lub wstępnych – obowiązek obciąża bliższych stopniem przed dalszymi.

Alimenty od dzieci

To, że rodzice źle wywiązywali się ze swoich rodzicielskich obowiązków, unikali zatrudnienia, nie płacili alimentów, okradali rodzinę, a nawet znęcali się nad nią, nie jest jeszcze wystarczającą podstawą, by odbierać im prawo do ubiegania się o alimenty od dzieci. Nie znaczy to jednak, że sąd alimenty przyzna. Może bowiem uznać, że rodzic znalazł się w niedostatku z własnej winy: nie szukał pracy, był z niej wyrzucany za pijaństwo, nie dbał o zdrowie, był hazardzistą i utracjuszem.

I oddalić powództwo, powołując się na zasady współżycia społecznego.

Mówią o tym przepisy kodeksu cywilnego i kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Artykuł 5 kc brzmi: „Nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego”. Artykuł 144 (1) krio zaś mówi wyraźnie: „Zobowiązany może uchylić się od wykonania obowiązku alimentacyjnego względem uprawnionego, jeżeli żądanie alimentów jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego”.

Kluczowa jest tu uchwała Sądu Najwyższego z dnia 16 grudnia 1987 r. (sygn. akt. III CZP 91/86), który wymienił przykłady rażąco niewłaściwego postępowania uprawnionego do alimentacji:

- zachowanie godzące w życie lub zdrowie członka rodziny;- naruszanie godności dobrego imienia i innych dóbr osobistych członków rodziny;- zawinione popadnięcie w niedostatek lub umyślne wywołanie sytuacji prowadzącej do żądania świadczeń alimentacyjnych.

Zdaniem sądu byłoby rażącą niesprawiedliwością, gdyby osoba krzywdzona musiała płacić alimenty osobie krzywdzącej tylko dlatego, że łączy ich pokrewieństwo.

Jakie przepisy o pomocy społecznej

Zupełnie inne reguły rządzą w pomocy społecznej.

Zgodnie z art. 61 ust. 1 ustawy o pomocy społecznej z marca 2004 r. opłata za pobyt pensjonariusza w domu opieki społecznej w pierwszej kolejności obciąża jego samego, a gdy nie ma z czego – jego współmałżonka. Gdy i współmałżonek nie ma z czego, obowiązek przechodzi na dzieci i wnuki. Dopiero gdy ich nie ma, nie można ich odnaleźć lub sąd odrzuci pozew, za podopiecznego zapłaci gmina.

Co ciekawe, obowiązek płacenia za pobyt rodzica w państwowym domu opieki nie ma nic wspólnego z obowiązkiem alimentacyjnym. Mówiąc wprost: choćby rodzic był ostatnim draniem, został pozbawiony władzy rodzicielskiej, opuścił rodzinę dawno temu i zerwał kontakty albo wprost przeciwnie – zamienił życie domowników w koszmar – dorosłe dziecko musi mu opłacać „depees”.

Przykład. Jakiś czas temu media szeroko opisywały historię chłopaka, który musiał dopłacać do pobytu ojca w domu opieki kilkaset złotych miesięcznie z mizernej pensji, jaką dostawał za pracę na stacji benzynowej. Obowiązek był tym bardziej niesprawiedliwy, że chłopak pół życia spędził w sierocińcu, a ojciec dostał wyrok za znęcanie się nad nim.

Syn przestał płacić po dwóch latach, ale nie dlatego, że sąd go z tego obowiązku zwolnił, tylko dlatego, że ojciec zapił się na śmierć.

Takich przykładów jest więcej.

Łukasz miał 10 lat, gdy sąd pozbawił jego ojca władzy rodzicielskiej. Stało się to po tym, jak mężczyzna omal nie zabił chłopca w domowej awanturze. Matka uciekła z synem tak, jak stała. Nie wzięła nawet portfela z dokumentami.

Minęło 13 lat. Łukasz skończył szkołę zawodową, otworzył własny zakład naprawy rowerów i wypożyczalnię. Zarabia tyle, że stać go na wyjęcie mieszkania i samochód. Udało mu się nawet odłożyć trochę grosza. Zamierza objechać rowerem Skandynawię. Z tych planów może jednak nic nie wyjść, bo właśnie dostał pismo z MOPS, w którym proszą go o stawienie się „celem przeprowadzenia wywiadu alimentacyjnego na rzecz ojca”.

Grażynę wychował ojciec. Matka została pozbawiona władzy rodzicielskiej, gdy dziewczyna miała 13 lat. Teraz kobieta jest w domu opieki społecznej. Grażyna dostała od nich pismo, że renta matki jest trzykrotnie niższa, niż wynosi miesięczna opłata za jej pobyt w placówce. Dlatego opieka społeczna zwraca się do Grażyny, by z własnej kieszeni dołożyła się do utrzymania matki.

Grażyna odpisała opiece, że matka jej nie utrzymywała, więc i ona nie zamierza utrzymywać matki. W odwecie dostała wezwanie do sądu. Miejski ośrodek pomocy społecznej w imieniu matki wystąpił z pozwem o alimenty od córki.

Grażyna wynajęła prawnika, co kosztowało ją 800 zł. Ale się opłacało. Adwokat przekonał sąd, że kobieta była wyrodną matką, bez praw rodzicielskich, o których przywrócenie nigdy nie zabiegała. Nie zależało jej na kontakcie z córką, nie wspomagała jej finansowo. Córka nie jest jej więc nic winna. Sąd pozew oddalił.

Jednak nie wszystkie sądy chcą zwalniać dzieci z obowiązku łożenia na rodzica, choćby ten był nim jedynie z nazwy. Gdy mimo wyroku syn czy córka nie płacą, można im zająć prawie cały dochód, pozostawiając jedynie kwotę odpowiadającą równowartości najniższego krajowego wynagrodzenia, czyli obecnie 1680 zł brutto. Na dodatek dług się liczy wstecz, co oznacza, że dziecko będzie musiało zapłacić rachunek za miesiące, a nawet lata, które rodzic spędził w domu opieki.

Przepis jest tak niesprawiedliwy, że zareagowała rzecznik praw obywatelskich. Prof. Irena Lipowicz postuluje, by tak zmienić prawo, żeby dorosłe dziecko mogło uchylić się od obowiązku płacenia, gdy jest to sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.

Jej zdania nie podziela jednak minister pracy, który uważa, że dorosłe dzieci mogą się bronić przed obowiązkiem utrzymywania wyrodnych rodziców, odwołując się do samorządowego kolegium, a gdy to nie wystarczy – do sądu administracyjnego. I nie widzi potrzeby zmiany przepisów.